Krzesło szczotka, krzesło gniazdo, krzesło z siana, ziemi i butelek PET. Ale przede wszystkim z ukochanej wikliny. Paweł Grunert mówił o sobie, że jest meblofilem, tworzył jednak przede wszystkim siedziska. Każde wykonywał ręcznie. Testował, sprawdzał, poprawiał szczegóły. Tak było w zasadzie do ostatnich chwil. Na szpitalnym oddziale, gdzie znalazł się pod koniec listopada ubiegłego roku, urządził sobie małą pracownię. Obok aparatury medycznej i fiolek z lekarstwami ustawił komputer, rozrysował poszczególne elementy projektu i konsultował ich opracowanie.
.jpg)
Skomponowane z betonu i stali krzesło „SIE81”, zrealizowane w 2024 roku. Zdjęcie: Tomo Yarmush
– Był charyzmatyczną postacią. Udawało mu się wydostać z izolatki i gdzieś na korytarzu, przy windzie, akceptować konstrukcje prototypów z zaufanym ślusarzem – opowiada Aleksandra Krasny, kuratorka wystawy „Po śmierci powrócę w postaci krzesła”, którą można było oglądać w warszawskiej galerii Objekt od połowy maja do lipca. Tytuł ekspozycji to oczywiście cytat z samego Grunerta. – Miał czarne poczucie humoru i duży dystans do siebie. Często żartował nawet ze swojej choroby. Szukając tytułu wystawy, wróciłam do naszej korespondencji. W jednym z maili znalazłam właśnie to zdanie – dodaje.
.jpg)
Krzesło „SIE5” z 1990 roku. Zdjęcie: Tomo Yarmush
Wystawa była bardzo kameralna, ale dzięki temu pozwalała lepiej zrozumieć kunszt autora, który twórczą ekspresję doskonale łączył z inżynierską precyzją. Na fotelach można było usiąść, żeby się przekonać, że są stabilne, wytrzymałe i naprawdę wygodne. – Nigdy go nie interesowało projektowanie podporządkowane wyłącznie funkcji. Forma była dla niego równie ważna jak użyteczność, a często wręcz prowadziła cały proces – tłumaczy Krasny.
.jpg)
Jedna z ostatnich prac artysty, fotel „SIE80” z 2026 roku. Zdjęcie: Tomo Yarmush
Stalowe konstrukcje są zwykle zmyślnie poukrywane. Czasem zdaje się, że całość wspiera się jedynie na wiklinowych witkach. – Jest w tym coś ze sztuki iluzji i działań prestidigitatora. On to zresztą nazywał pięknym kłamstwem, bo gdy patrzymy na te meble, nie wiemy, jak działają, jak mogą udźwignąć ciało człowieka. Zastawia na nas percepcyjną pułapkę – mówi Krasny.
.jpg)
Fragment wystawy „Po śmierci powrócę w postaci krzesła” w warszawskiej galerii Objekt. Ekspozycję poświęconą artyście i dizajnerowi Pawłowi Grunertowi można było oglądać od 20 maja do 17 lipca i osobiście sprawdzić, czy projektowane przez niego siedziska rzeczywiście są stabilne i wygodne. Zdjęcie: Tomo Yarmush
Paweł Grunert studiował na Wydziale Architektury Wnętrz warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dyplom z wyróżnieniem uzyskał w 1990 roku u legendy polskiego wzornictwa Teresy Kruszewskiej. Później przez jakiś czas pracował na wydziale jako asystent, projektował dla siebie i na indywidualne zamówienie. Był raczej typem artysty samotnika. Najlepiej czuł się w swojej pracowni w Lipowie na Mazowszu. Choć na koncie miał kilka dużych wystaw, zbiorowych i indywidualnych, żadnego z jego mebli nigdy nie wdrożono do produkcji. Wzmożone zainteresowanie pracami Grunerta przypada na ostatnie lata. Zdaniem Krasny artysta nie trafił w swój czas. – Jeszcze parę lat temu nie było w Polsce miejsc, gdzie tego typu twórczość można by pokazywać. Rośnie też świadomość sztuki użytkowej, a Paweł był zawsze niezwykle konsekwentny w swoich działaniach. Wypracował charakterystyczny, spójny język, który jest zarazem bardzo lokalny i bardzo uniwersalny. Typowy dla naszego regionu materiał, jakim jest wiklina, traktował w sposób hipernowoczesny – mówi.

Paweł Grunert (1965–2026) na fotelu swojego autorstwa. Zdjęcie: archiwum prywatne
Co ciekawe, artysta nigdy nie opanował sztuki plecionkarstwa. „Wiklina – polska, plebejska, niedoceniana i niebezpieczna. Łatwo z niej zrobić paskudztwo. Utożsamiana ze sztuką ludową i rzemiosłem, sprowadzona tylko do splotów, szarzeje ze wstydu” – pisał. Uwielbiał kwaśny zapach mokrych witek, ich siłę, a zarazem delikatność i pewną niesubordynację. Zawsze starał się wykorzystywać cały potencjał wikliny, blokując dolne partie i uwalniając końce. „Wiele moich mebli bazuje na pomyśle strzyżonego żywopłotu lub zwyczajnej miotły spod chałupy” – przyznawał.
Traktował wierzbowe witki z szacunkiem, ale nie z nabożnością. – Gdy ktoś ze zwiedzających naruszył końcówki witek, wydawał po prostu instrukcję, żeby je przyciąć. A gdy za sprawą suchego powietrza w galerii rozczapierzyły się zanadto, radził, by spryskać je wodą, wtedy wrócą do poprzedniego kształtu. Miał bardzo dużą świadomość tego materiału – podkreśla Krasny. W najbliższym czasie planuje pokazać prace Grunerta na nowojorskich targach sztuki. Pewną zachętą był udział w tegorocznych Collectible Fair w Brukseli. – Siedziskami zachwycali się tam zarówno wytrawni kolekcjonerzy, jak i influencerki, które mówiły, że to haute couture, wysokie krawiectwo w przestrzeni i że takie obiekty w swoim showroomie powinien mieć Jacquemus – opowiada kuratorka.
Artykuł ukazał się w 18. numerze „AD Polska”, lipiec/sierpień 2026.
Zobacz też:
- Buntownicy z wyboru. Ekomanifesty studia TAKK w służbie sprawiedliwej architektury
- Paździerz de luxe: pierwszy w Polsce obiekt usługowy z naturalnych materiałów
- Nieopanowanie żywiołów – obiekty Anny Milczanowskiej.