#thirtysomething: W dzielnicy Hansaviertel, na skraju parku Tiergarten, Leonie Herweg i Simon Freund mieszkają w mieszkaniu typu studio
Mała przestrzeń, mieszkanie pomyślane jako przestrzeń dla jednej osoby, zabytek architektury w Berlinie: Leonie Herweg i Simon Freund opowiedzieli magazynowi AD o minimalistycznym stylu życia jako świadomym wyborze oraz o tym, dlaczego warto angażować się w budowanie społeczności sąsiedzkiej nawet w wielkim mieście.
Wujek Leonie Herweg, Klaus, w wieku 80 lat przeprowadził się z Bremy do dzielnicy Hansaviertel, ponieważ chciał jeszcze czegoś doświadczyć. Dla kuratorki i jej partnera Simona Freunda ta modernistyczna wyspa w samym centrum Berlina stała się natomiast spokojną bazą dla nowych pomysłów. Po pobycie w Szwajcarii, Monachium i Kairze kupili kawalerkę w jednym z zabytkowych budynków Międzynarodowej Wystawy Budownictwa z 1957 roku. I radykalnie pozbyli się wszystkiego, co nie było oryginalne. Równolegle założyli przestrzeń artystyczną i kawiarnię: jako rozszerzenie swojego domu i impuls dla dzielnicy, którą chcą aktywnie współtworzyć.
W jadalni pojawił się system regałowy Vitsœ. Wokół stołu stoją krzesła projektu Bruno Rey’a, które Leonie Herweg i Simon Freund kupili w regionie Berner Oberland. Mały obraz po prawej stronie jest dziełem austriackiej artystki Katrin Plavcak. Zdjęcie: Marzena Skubatz / Sztuka: Sunah Choi/© VG Bild-Kunst, Bonn 2026; ©Danh Vo, dzięki uprzejmości Danh Vo & Marian Goodman Gallery; Katrin Plavcak/© VG Bild-Kunst, Bonn 2026.
#thirtysomething w Berlinie: Tak mieszkają Leonie Herweg i Simon Freund w dzielnicy Hansaviertel
AD: Mieszkacie we dwoje na 33 metrach kwadratowych bez drzwi do łazienki. Jak to możliwe?
Simon Freund: Nasze hasło brzmi: zawsze bez skrępowania. Bardzo mi się podoba, że możemy rozmawiać w każdej chwili, bez konieczności krzyczenia.
Leonie Herweg: Kiedy poznałam Simona, mieszkał w piwnicy akademika Biederstein w Monachium. W zasadzie więc niewiele się zmieniło (śmiech). Dla nas to mieszkanie jest jak prywatny pokój hotelowy pośród zieleni. Dużo podróżujemy i zawsze chętnie tu wracamy.
AD: Zanim zamieszkaliście w tym studio, oboje mieszkaliście w wielu różnych miejscach. Dlaczego osiedliliście się właśnie w Berlinie, a konkretnie w dzielnicy Hansaviertel?
SF: To miasto jest świetnym miejscem, by coś zacząć, nawet jeśli jeszcze nie wiadomo dokładnie co. Berlin przyjmuje cię z otwartymi ramionami, nie oczekując od ciebie niczego w zamian.
LH: Z Kairu wróciliśmy do Niemiec zimą 2022 roku. Wcześniej mieszkałam przez 14 lat w Szwajcarii. Oboje pracowaliśmy w świecie sztuki, a wielu naszych przyjaciół mieszka właśnie w Berlinie. To miasto wydawało się naturalnym wyborem. Poza tym mieszkał tu mój szalony pradziadek Klaus, który w wieku 80 lat przeprowadził się z Bremy do dzielnicy Hansaviertel, ponieważ dosłownie: chciał jeszcze coś przeżyć. To dzięki niemu w ogóle poznaliśmy tę modernistyczną wyspę w samym sercu Berlina.
Historia Domu Żyrafy
AD: Kiedy wychodzi się z windy, po obu stronach rozciągają się długie korytarze z całym rzędem żółtych drzwi. Co to za budynek?
LH: Tak zwany Dom Żyrafy został zbudowany w 1957 roku przez Klausa Müllera-Rehma i Gerharda Siegmanna na Międzynarodową Wystawę Budownictwa.
AD: Czyli Interbau było początkiem nowej dzielnicy Hansaviertel, jaką znamy dzisiaj?
LH: Tak, w ramach tego powojennego konkursu urbanistycznego opracowano nowe koncepcje mieszkaniowe – od niewielkiego mieszkania jednopokojowego po przestronny bungalow z ogrodem w atrium – i przetestowano je w duchu przyszłościowego „miasta jutra”. Ze wszystkimi absurdami lat 50.: 17 pięter naszego budynku składa się wyłącznie z mieszkań typu studio. Strona od strony zachodniej to „strona męska”, mieszkania mają tu (jak w naszym przypadku) tylko mały aneks kuchenny. Strona od strony wschodniej, z widokiem na Tiergarten, to z kolei „strona kobieca”, gdzie znajduje się mała kuchnia, oddzielona od salonu. Mówiono też, że kobiety są bardziej pracowite i sumienne, dlatego wstają wcześnie rano wraz ze wschodem słońca. Być może coś w tym jest (śmiech).
AD: Czy mieliście jeszcze inne przemyślenia podczas pierwszej wizyty?
SF: Było to pierwsze i jedyne mieszkanie, które oglądaliśmy, i od razu zgodziliśmy się, że idealnie do nas pasuje. Argumentem na tak był też fakt, że mieszkanie było gotowe do wprowadzenia się. Kuchnia i łazienka zostały dość nowocześnie wyremontowane przez poprzedniego właściciela. Postanowiliśmy więc wprowadzić się do mieszkania w takim stanie, w jakim było.
LH: W rzeczywistości jeszcze w dniu wprowadzenia się natychmiast wyburzyliśmy kuchnię i drzwi do łazienki, a potem przez ponad rok mieszkaliśmy na placu budowy.
Aneks kuchenny ze stali nierdzewnej został wykonany na zamówienie Leonie Herweg i Simona Freunda. Na tej przenośnej kuchence elektrycznej z lat 70. gotowali już pradziadkowie Leonie. Zdjęcie:Marzena Skubatz / Grafika: dzięki uprzejmości Paul Levack & Layr, Wiedeń.
AD: Czy remont przebiegał równie radykalnie?
LH: Usunęliśmy dosłownie wszystko, co przez dziesięciolecia znalazło się w mieszkaniu i nie było oryginalne: siedem warstw tapety, łososiową, cętkowaną podłogę winylową oraz narożną kuchnię z lat 90., która najwyraźniej miała sprzyjać budowaniu wrażenia większej przestrzeni, ale w rzeczywistości była po prostu niezwykle niepraktyczna.
SF: Po tym, jak przez prawie rok mieszkaliśmy na gołym podłożu i z powodu kurzu nigdy nie mogliśmy zdjąć butów, nowa podłoga stała się naszym priorytetem. To ciemnoczerwone linoleum, które zostało położone także w bibliotece Bauhausu w Dessau. Zanim gotowa była kuchnia ze stali nierdzewnej, gotowaliśmy na małym prowizorycznym rozwiązaniu z przenośną kuchenką elektryczną prababci Leonie z lat 70., której używamy do dziś.
AD: Czy przed przeprowadzką musieliście się czegoś pozbyć?
LH: Simon miał tylko jedną dużą walizkę i dwa czarne pudła. U mnie wyglądało to nieco inaczej. Kiedy kilka miesięcy później przeprowadzaliśmy się ze Szwajcarii, przez pierwsze dni nie mogliśmy się ruszyć. W rezultacie rygorystycznie wszystko sprzedałam, rozdałam lub zostawiłam u przyjaciół. I muszę przyznać: niczego mi nie brakuje!
AD: Czy szybko zorientowaliście się, jak najlepiej wykorzystać tę przestrzeń?
SF: To właśnie zaleta ograniczonej przestrzeni: w końcu nie ma aż tak wielu możliwości. Dzięki temu dość szybko znaleźliśmy miejsce dla każdego elementu. Diabeł…
LH: …albo Bóg, jak to ujął Aby Warburg,…
SF: …tkwił w szczegółach i długo łamaliśmy sobie głowę nad wieloma drobiazgami. W ten sposób regał Vitsœ jest w większości nowy, ale półka z szufladą jest vintage i wykonana z drewna, a zasłona to produkt na zamówienie studia Azur z Marsylii. Również gniazdka elektryczne to model z porcelany firmy Busch-Jäger.
LH: To jest piękno małego mieszkania – można sobie pozwolić na takie zabawy, nie wykraczając poza ramy.
Małe przestrzenie – są nowoczesne czy niepraktyczne?
AD: Czy mimo wszystko zdarza się wam czasem marzyć o większej przestrzeni na sztukę i przedmioty, które was fascynują?
SF: Na razie nie musimy wieszać obrazów jeden nad drugim i jest też coś dobrego w ograniczaniu się, ale miejsce na ścianach powoli się kończy.
LH: Dzięki naszym projektom w dzielnicy, takim jak przestrzeń artystyczna Grotto czy kawiarnia Tiergarten, którą przejęliśmy kilka miesięcy temu, mogliśmy w przenośni poszerzyć naszą przestrzeń życiową i tym samym stworzyć tymczasowe miejsce na przedmioty, które nie mieszczą się u nas w domu. Szczególnie cieszy mnie to, że dzieła te ogląda wtedy więcej niż tylko cztery pary oczu.
AD: Brzmi to tak, jakby wspólne mieszkanie na tak niewielkiej przestrzeni nie miało żadnych wad?
SF: Ponieważ ze względu na nasze zawody często jesteśmy w podróży i spędzamy ze sobą niewiele czasu, cieszymy się każdą chwilą, którą dzielimy razem w naszym małym mieszkaniu.
LH: Dla nas wspólne mieszkanie z wieloma osobami wydaje się po prostu zgodne z duchem czasu. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka może to brzmieć sprzecznie: budynki tutaj mają przecież wkrótce 70 lat.
AD: Odkąd się tu wprowadziliście, nie tylko sami odkryliście dzielnicę Hansaviertel, ale dzięki Grotto i Café Tiergarten sprawiliście, że dla wielu osób stała się ona w ogóle znana.
LH: Dość szybko zauważyliśmy, jak wiele sklepów i lokali stoi pustych i że dzielnica była w pewnym sensie pogrążona w śpiączce. To właśnie sprawiło, że w ogóle zaczęliśmy myśleć o możliwości współtworzenia tego miejsca. W Graefekiez w Kreuzbergu, gdzie mieszkałem przez krótki czas kilka lat temu, ze względu na bogatą ofertę nie wpadłbym nawet na pomysł, żeby samemu coś organizować.
SF: A dzięki współtworzeniu wzrasta również poczucie więzi i odpowiedzialności oraz chęć dzielenia się tym z innymi.
AD: Dzielnica została zaplanowana jako rewolucyjny model nowoczesnego budownictwa w wielkim mieście, ale po targach Interbau nigdy tak naprawdę nie rozkwitła. Czego jednak można się nauczyć z ówczesnych pomysłów i architektury?
SF: Hansaviertel kojarzy mi się z mieszkaniem na małej przestrzeni, życiem na łonie natury, a to wszystko dzieje w samym centrum miasta. Szczególnie lubię dzikie króliki, które tu wszędzie swobodnie skaczą.
LH: Czasami lubię mówić o czymś w rodzaju Disneylandu modernizmu, ponieważ, mówiąc wprost, mamy tu „po jednej parze każdego gatunku”: kiosk, supermarket, kwiaciarnię, aptekę, dom dla „singli”, dom dla rodzin i tak dalej. Dzięki temu, mimo swojej kosmopolityczności, miejsce to jest przystępne i przejrzyste. Nieustannie spotykamy się na małym piątkowym targu lub przy stoisku z przekąskami, nawiązując w ten sposób kontakt z sąsiadami. Pomimo bliskości centrum miasta nie czuje się tu jak w wielkiej metropolii.
AD: Często uważa się centra miast za anonimowe. Jak udaje się mimo to stworzyć sąsiedzką wspólnotę?
LH: Wspólnotowość trzeba ćwiczyć. Być może można to porównać do pewnego rodzaju odwróconej teorii zbitej szyby. Dbanie o swoją dzielnicę i sąsiedztwo, troskliwe traktowanie siebie nawzajem i otoczenia (zabudowanego) często budzi w innych chęć do działania i poczucie, że nie są tylko jednostkami, ale częścią czegoś większego.
SF: Zaczyna się to już od drobnych gestów i tego, jak samemu podchodzi się do sąsiadów, jak spędza się czas w windzie – rozmawiając, a nie w milczeniu, angażując się aktywnie, oferując i przyjmując pomoc.
AD: Czy macie u siebie w domu jakiś niedzielny rytuał?
SF: Nie mamy żadnych rytuałów ani typowych procedur.
LH: Z niecierpliwością czekamy na każdy nowy dzień, który przynosi ze sobą zmiany i przemiany. Odkąd przejęliśmy kawiarnię, nie ma już dla nas klasycznego weekendu – w niedziele zazwyczaj można nas tam spotkać i cieszymy się z obecności wszystkich tych, którzy coraz częściej trafiają do naszej dzielnicy.
Więcej zdjęć z małego mieszkania w Berlinie:
Budynek o charakterystycznej, wydłużonej konstrukcji: Dom Żyrafy w berlińskiej dzielnicy Hansaviertel został zaprojektowany przez Klausa Müllera-Rehma i Gerharda Siegmanna na Międzynarodową Wystawę Budownictwa w 1957 roku. Zdjęcie: Marzena Skubatz.
Łóżko znajduje się naprzeciwko jadalni, a na nim leży ręcznie szydełkowana kołdra patchworkowa. Nad lewą szafką nocną wisi tkanina projektu Insabelli Ducrot. Swoje książki para przechowuje w systemie regałowym „FNP” projektu Nilsa Holgera Moormanna. Zdjęcie: Marzena Skubatz / Grafika: Isabella Ducrot, dzięki uprzejmości Galerie Gisela Capitain, Kolonia.
Za zasłoną przy wejściu znajduje się kolejna półka Vitsœ. Kolorowe krzesło z Kalotaszeg w Transylwanii Leonie kupiła wiele lat temu w sklepie International Wardrobe w Berlinie. Nad nim wisi niewielka praca Sunah Choi. Zdjęcie: Marzena Skubatz / Sztuka: Sunah Choi/© VG Bild-Kunst, Bonn 2026.
Miska z motywem putta projektu ceramika Wilhelma Süsa pochodzi z 1910 roku. Zdjęcie: Marzena Skubatz.
Wujek Leonie, Klaus, który w wieku 80 lat przeprowadził się do dzielnicy Hansaviertel. Zdjęcie: Marzena Skubatz.
Mieszkanie w stylu lat 50.: W budynku Giraffenhaus znajdują się wyłącznie kawalerki. Po stronie zachodniej, zwanej „stroną męską”, mieszkania wyposażone są w niewielki aneks kuchenny. Zdjęcie: Marzena Skubatz.
Drzwi do małej łazienki zostały usunięte zaraz po zakupie mieszkania. Zdjęcie: Marzena Skubatz.
Dzisiaj w tym miejscu wisi zasłona z metalowych ogniw. Poziomyy obraz nad nią został namalowany przez Paula Levacka i przedstawia jego psa Enzo. Zdjęcie: Marzena Skubatz / Grafika: dzięki uprzejmości Paula Levacka i Layr, Wiedeń.
Okna z wąskim balkonem można całkowicie otworzyć. Latem para obserwuje wtedy dzikie króliki w Tiergarten. Zdjęcie: Marzena Skubatz.
Artykuł oryginalnie ukazał się na stronie AD Germany.
Produkcja: Thomas Skroch.
Zobacz także:
Wysmakowana minikawalerka na MDM-ie