Według lubianej przez architektów metafory te budynki to rodzynki w zakalcowatym cieście naszych miast. Nie sprawiają co prawda, że zakalec przestaje być zakalcem, ale dodają nieco słodyczy, poprawiając ogólny smak. Dotychczas rodzynkami były przede wszystkim reprezentacyjne gmachy publiczne: wznoszone z rozmachem po 1989 roku nowe muzea, stadiony, opery i filharmonie. Ostatnio zaczynają do nich dołączać obiekty bliższe codziennemu życiu. I śmierci, jak w przypadku ukończonego niedawno zespołu kolumbariów na cmentarzu komunalnym w Radomiu. Ta wielokrotnie nagradzana realizacja zdecydowanie wyróżnia się na tle współczesnej sztuki sepulkralnej w Polsce, zdominowanej przez fikuśne nagrobki z chińskiego granitu. A przy okazji popularyzuje odbiegającą od rodzimej tradycji kremację. Taki zresztą cel przyświecał władzom miasta, gdy w 2017 roku zorganizowały konkurs na projekt założenia. Z uwagi na ograniczoną przestrzeń na głównym radomskim cmentarzu magistrat stanął przed koniecznością realizacji nowego miejsca pochówku lub szukania innych pomysłów. Zdecydowano się na kolumbarium w centralnej części nekropolii, gdzie przed laty planowano zbudować kaplicę. Przewidziano, że pomieści ono aż 6 tysięcy urn.
Kolumbarium w Radomiu. Architekci uniknęli tu banalnej symboliki. Na jednej ze ścian znalazł się jedynie cytat z trenu Jana Kochanowskiego: „Pełno nas, a jakoby nikogo nie było: Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło”. Zdjęcie: Jakub Certowicz
Zwycięski zespół warszawskiego biura BDR Architekci rozplanował nisze w sześciu blokach, które nazywa komnatami. Każda ma trochę inną wielkość i wysokość. Wszystkie obłożono podłużnymi płytami z piaskowca z lokalnego wyrobiska w Szydłowcu. Z tego samego kamienia powstały też tablice i półki na znicze. Autorzy zadbali ponadto o ujednolicone liternictwo. Zaproponowali, by taki sam krój pisma jak na mosiężnej identyfikacji wizualnej pojawiał się na tablicach nagrobnych. I to się dzieje! Całość uzupełnia oszczędnie wykorzystana lokalna zieleń, tworząc minimalistyczną przestrzeń kontemplacji.
.jpg)
Położony nad wodą 13-hektarowy Park Żerański w Warszawie oficjalnie otwarto w październiku 2025 roku. Okoliczni mieszkańcy, nie mogąc się jednak doczekać tego momentu, już miesiąc wcześniej przewrócili płoty i zaczęli z tej przestrzeni korzystać. Wśród zieleni mogą odnaleźć relikty dawnej fabryki Faelbet, w której powstawały m.in. słynne ramy „H” i inne betonowe elementy dla budownictwa mieszkaniowego. Zdjęcie: Krzysztof Babicki, Zarząd Zieleni Warszawy
Po rodzime gatunki roślin sięgnęli też architekci z biura Archigrest i projektantki krajobrazu z topoScape, urządzając nowo otwarty park w miejscu dawnej fabryki domów nad Kanałem Żerańskim w Warszawie. To tu znajdował się niegdyś jeden z największych w Europie zakładów wytwarzających prefabrykaty. Młodemu zespołowi udało się coś, co nie powiodło się starszym kolegom z em4 Pracowni Architektury Brataniec. Biuro to, współprowadzone przez Marcina Bratańca i cenioną architektkę krajobrazu Urszulę Forczek-Brataniec, podczas niedawnej modernizacji Parku im. Cichociemnych, chciało wyeksponować betonowe płyty znalezione podczas prac. Z jednej strony miały przypominać czas budowy Ursynowa, z drugiej być schronieniem dla owadów, płazów i małych ssaków. Pomysł wyśmiali jednak lokalni radni, co podchwyciły ogólnopolskie media i ostatecznie Zarząd Zieleni wycofał się z realizacji. Tym razem pozostały po działalności fabryki gruz, ale też różnej wielkości fragmenty prefabrykatów zostały zachowane jako część parkowego ekosystemu. Niektóre wykorzystano do budowy ścian oporowych, nawierzchni i wiat piknikowych.
– To gruzowisko przerosło lasem i stało się mozaiką siedlisk. Postanowiliśmy je zachować po pierwsze ze względu na funkcję ekologiczną, po drugie jako nieoczywistą pamiątkę po przemysłowym charakterze tego miejsca – opowiada Maciej Kaufman z biura Archigrest. Nad samym brzegiem znajduje się porośnięte robiniami składowisko słynnej ramy „H”. – Można tam rozpoznać elementy, które tworzą architekturę osiedla Służew nad Dolinką, m.in. charakterystyczne balkony na jednej nóżce, które pojawiają się w serialu „Zmiennicy” czy „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego – dodaje architekt.
Siedzibę firmy Gambit, zajmującej się dystrybucją systemów szwajcarskiego koncernu Georg Fischer AG, zrealizowano w 2023 roku na terenie dzielnicy Bojków w Gliwicach. Na dachu łącznika powstał przeznaczony dla pracowników rozległy taras. Elewację wykończono aluminiowymi rurami, ale całą bryłę wzniesiono z żelbetu. Zdjęcie: Juliusz Sokołowski
Poniekąd z myślą o przedstawicielach lokalnej fauny powstał też niewielki budynek biurowo-magazynowy w Gliwicach. To przykład na to, jak stosunkowo małym kosztem zrealizować obiekt będący wizytówką firmy, a jednocześnie wkomponowany w lokalną zabudowę, w tym przypadku głównie jednorodzinną. Za projektem stoi renomowane studio KWK Promes Roberta Koniecznego. – Budynek miał być znakiem rozpoznawczym, ale mieliśmy zrobić to jak najmniejszym kosztem. Wpadłem więc na pomysł, by wykorzystać materiał, którym handluje inwestor, czyli specjalistyczne rury – opowiada Konieczny.
Zaproponował zespół składający się z trzech brył: prostopadłościennego magazynu, dwukondygnacyjnego biurowca ze skośnym dachem i łączącego je skrzydła warsztatowego. Forma nawiązuje do zabudowy zagrodowej, a elewacje wykończono rurami w taki sposób, że obiekt przypomina składowisko tych elementów. W wylotach nie zamontowano siatek, które przewidziano w projekcie. Chodziło o to, aby we wnętrzu mogły w przyszłości gniazdować ptaki. – Udało nam się przekonać inwestorów do rezygnacji z tego rozwiązania, choć nie jesteśmy pewni, czy przemówiły argumenty ekologiczne, czy finansowe, bo brak siatek znacznie obniżył koszty inwestycji – śmieje się Konieczny.

Zespół szkoleniowy Okręgowej Izby Lekarskiej wzniesiono w gdańskiej dzielnicy Aniołki. Mniejszy pawilon, otoczony murem z cegły i ogrodem ziołowym, mieści m.in. dostępną dla mieszkańców strefę fitness. Zdjęcie: Juliusz Sokołowski
Podobną formę zigguratu otrzymał też oddany do użytku w ubiegłym roku ośrodek szkoleniowy Okręgowej Izby Lekarskiej w Gdańsku autorstwa pracowni Toprojekt z Rybnika. To pierwszy tego typu zespół w Polsce zrealizowany od podstaw, do tego według koncepcji wyłonionej w konkursie. Dwa budynki o charakterze zatopionych w zieleni pawilonów mieszczą strefę szkoleniową oraz część noclegową i gastronomiczną, otwartą też dla gości z zewnątrz. Okoliczni mieszkańcy mogą ponadto korzystać z urządzonego tu ogrodu, kręgielni i siłowni.
Budowę podstawówki przy ul. Konstruktorskiej w Warszawie sfinansowała Grupa Echo Investment w ramach tzw. specustawy mieszkaniowej. Firma zobowiązała się do postawienia szkoły i przekazania jej samorządowi w zamian za zgodę na wybudowanie dużego osiedla. Zdjęcie: Sebastian Rzepka
Z myślą o najbliższych sąsiadach biuro WWAA wprowadziło też kilka rozwiązań w nowo ukończonej podstawówce przy ul. Konstruktorskiej w Warszawie. – Choć działka była niewielka, udało nam się wygospodarować nieogrodzony plac wejściowy z zielenią, siedziskami oraz bezpośrednim przejściem do biblioteki i skrzydła sportowego, które mogą funkcjonować również po godzinach działania szkoły – mówi Natalia Paszkowska z WWAA. Budynek oparto na sekwencji dziedzińców zewnętrznych, jak wspomniany plac wejściowy, i wewnętrznych. – Chcieliśmy uniknąć struktury, w której wszystkie sale lekcyjne wychodzą na podłużny korytarz. Staraliśmy się je pogrupować w klastry: po trzy klasy wychodzące na wspólną, małą przestrzeń rekreacyjną – opowiada architektka.
Paszkowska jest też autorką „Standardów architektonicznych dla szkół”, specjalnego przewodnika opracowanego na zlecenie stołecznego ratusza, aby usprawnić projektowanie i modernizację obiektów oświatowych w Warszawie. To pierwszy w Polsce tego rodzaju informator, a szkoła na Konstruktorskiej jest obiektem modelowym, pierwszym uwzględniającym zawarte w nim wytyczne. Wśród wskazówek jest m.in. edukacja przez architekturę, czyli pokazanie użytkownikom, jak działa budynek i z czego został wzniesiony. To dlatego, a nie z oszczędności, w szkole pozostawiono częściowo nieosłonięte instalacje, elementy konstrukcji oraz fragmenty ścian z betonu i bloczków silikatowych.
Nowy budynek Towarzystwa Budownictwa Społecznego w Rybniku stanął w centrum miasta. Wysokie przejścia bramne, nazywane na Śląsku ajnfartami, mają zachęcać przechodniów do skracania sobie drogi przez zielony dziedziniec. Blok mieści 80 małych i średnich mieszkań, których cechą wspólną są duże przeszklenia. Zdjęcie: SLAS architekci
Projektowa szczerość bliska jest też zespołowi katowickiej pracowni SLAS Architekci. Ich najnowsza realizacja to blok Towarzystwa Budownictwa Społecznego w centrum Rybnika. Budynek charakteryzuje prosta ramowa konstrukcja i przeskalowane przejścia bramne, nazywane na Śląsku ajnfartami, stąd nazwa całej inwestycji. W środku znalazło się 80 lokali o powierzchni od 38 do 65 mkw., w tym mieszkanie readaptacyjne dla młodych matek z dziećmi. To obiekt, który „podnosi po przeczkę dla budownictwa mieszkaniowego w ogóle, a dla społecznego w szczególności” – uzasadniało jury ubiegłorocznej Nagrody Architektonicznej „Polityki”, przyznając realizacji Grand Prix. W tym kontekście warto przywołać też słowa Grzegorza Piątka. W swojej najnowszej książce, „Świątynia i śmietnik”, apeluje on, aby większy prestiż nadawać tym projektom, które mogą mieć realny wpływ na ludzkie i nieludzkie życie. „Musimy dbać o żywe: ludzi, rośliny, rzeki i zwierzęta, ich zdrowie, komfort i dobrostan, a nie o martwe: rzeczy, maszyny, kapitał i tradycję”.
Artykuł ukazał się w 16. numerze „AD Polska”, marzec/kwiecień 2026.
Zobacz też:
- Boskie Czechy! Mistyczna architektura naszych południowych sąsiadów
- Stiuki na żelbecie, czyli o odbudowie zabytków
- Anupama Kundoo: modernistka na motocyklu