Rozmawiamy z artystką Ewą Kuryluk. Zobaczcie wystawę „Kangór w operze”!

Te fantastyczne obrazy można zobaczyć w galerii Opera w Teatrze Wielkim Operze Narodowej do końca czerwca.  To malarstwo nadzwyczajnie aktualne i porywające wielbicieli sztuki w każdym wieku.    

Przestrzeń wystawy. Zdjęcie: Wojciech Duszenko.

Na wystawę w Galerii Opera artystka i kurator Marcin Fedisz wybrali obrazy z lat 1971–1978, koncentrując się na ostatnim okresie jej malarstwa, zaliczanym do fotorealizmu symbolizującego. Są to w większości portrety i autoportrety oparte na zdjęciach, zwykle zrobionych przez samą Ewę Kuryluk, przedstawiających jej mamę, brata, towarzysza życia Helmuta Kirchnera i przyjaciół: malarza Jerzego Nowosielskiego i filozofa Leszka Kołakowskiego. To pierwszy poważny przegląd malarstwa Ewy Kuryluk w Warszawie.

Wystawa Kangór w operze zbiega się w czasie z twoim urodzinami, jest więc w pewien sposób wystawą jubileuszową. Można by się spodziewać podsumowań, retrospektywy, tymczasem ty od razu wiedziałaś, że chcesz pokazać głównie prace malarskie. Dlaczego?

Oglądając przestrzeń Galerii Opera, uznałam, że najlepiej nadaje się do prezentacji malarstwa. Tymczasem przybyło miejsca. Mamy dodatkowo do dyspozycji także Galerię „Okno na Kulturę” na Krakowskim Przedmieściu i cieszę się, że tam będę mogła zrobić instalację z nowojorskich prac na bawełnie. 

Wybrane przez ciebie obrazy to autoportrety i autobiograficzne opowieści związane z twoim najbliższymi. Stanowią rodzaj malarskiego pamiętnika. Jak na nie patrzysz po tylu latach? Chciałabyś coś zmienić?

Nie. Wszytsko, co wydawało mi się słabe, wyrzucałam od razu. Na wystawie w Operze będzie to, co podoba mi się nadal.

Część obrazów będzie pokazywana w Polsce po raz pierwszy. Co działo się z nimi przez te lata?

W latach siedemdziesiątych mieszkałam i pracowałam w Warszawie, Wiedniu, Londynie. W połowie 1978 roku porzuciłam malarstwo na sztywnym, zagruntowanym podłożu i zabrałam się do pracy na lekkich, luźnych materiałach. W 1981 roku odbyła się moja pierwsza amerykańska wystawa. Jesienią poleciałam do Bostonu z dwiema walizkami jedwabnych i bawełnianych szmatek. Tam zastał mnie stan wojenny, wprowadzony w kraju dokładnie w dniu wernisażu – 13 grudnia. Zamiast polecieć do domu na Święta, wróciłam do Warszawy po ośmiu latach – w czerwcu 1989. U schyłku ubiegłego wieku przeprowadziłam się z Nowego Jorku do Paryża. Kiedy znalazłam pracownię na Montparnasse, sprowadziłam tam rozproszone po Europie obrazy, o których za oceanem prawie zapomniałam. 

 

ewa kuryluk obraz wystawa Maszyna do pisania, 1977, akryl i kolaż na płótnie, 120 × 150 cm, własność artystki. Zdjęcie: dzięki uprzejmości Galerii Opera TWON. 

 

ewa kuryluk obraz wystawa Zdjęcie: Wojciech Duszenko.

 

Ta wystawa to również twój powrót do budynku Teatru Wielkiego. Postrzegasz go jako klamrę czy raczej otwartą kontynuację?

Paradoksalnie widzę tu jedno i drugie. Na wystawie nie bez powodu znalazł się obraz Salome na tle Warszawy. Pojawił się on też na otwarciu mojej ekspozycji w 1974 roku, zorganizowanej w – mieszczącej się na tyłach gmachu Opery – Galerii Współczesnej. Prowadzący ją, wraz żoną Marią, Janusz Bogucki przywitał gości na wernisażu takimi słowami: „Witamy serdecznie na premierze Salome tancerki i Salome Warszawianki”. Była to aluzja do Salome tańczącej na ekranie telewizora (dziś w zbiorach Muzeum Sztuki w Łodzi) i właśnie Salome na tle Warszawy, jedynego obrazu, jaki mi pozostał z tamtej prezentacji. W 2026 roku wracam z nim do Opery, gdzie obok niego pokażę prace tworzone do lata 1978 roku, kiedy to przestałam malować. Myślę więc, że jest to pewne domknięcie, ale i kontynuacja – wystawa odbywa się w nowej odsłonie i w innej części gmachu Teatru.

Obok malarstwa ważną formą wyrazu są dla ciebie fotografie. Wykonujesz je od 1959 roku. Autofotografie były punktem wyjścia do twoich obrazów i instalacji, ale pokazałaś je dopiero w 2000 roku. Dlaczego?

Bo mi na tym po prostu nie zależało. Na pierwszą wystawę namówiła mnie Janka Górka-Czarnecka, właścicielka krakowskiej Galerii Artemis, z którą współpracuję od ponad trzydziestu lat. Wybrałam wtedy kilkanaście zdjęć z tysięcy. Więcej pokazałam na retrospektywie w Zachęcie w 2003 roku.

W Galerii „Okno na Kulturę” pokazujemy twoje instalacje z surówki bawełnianej z lat 1981–1990. Skąd ci się wzięło to, żeby przejść od bogatej i kolorowej formy malarskiej do czegoś tak minimalistycznego?

Wzięło mi się to z głowy. Pożegnawszy się z kolorem, zajęłam się monochromiąi wypracowałam własną odmianę architektury i rzeźby z powietrza. 

 

ewa kuryluk wystawa Ewa Kuryluk na tle aranżacji wystawy. Zdjęcie: Wojciech Duszenko.

 

ewa kuryluk obraz wystawa Na huśtawce w Central Parku, 1976, akryl i kolaż na płótnie, 150 × 120 cm, własność artystki. Zdjęcie: dzięki uprzejmości Galerii Opera TWON. 

 

W instalacjach poruszasz interesujące cię zagadnienia związane z ciałem i erotyką, ale pojawiają się też motywy, które wydają się tu nie pasować, jak żonkil, jabłko, klucze… 

Pasują jak najbardziej! W 1980 roku na pierwszej warszawskiej prezentacji prac na bawełnie w Galerii Krytyków na Krakowskim Przedmieściu leżał na stole biały obrus z rdzawym rysunkiem martwej natury. Intrygował zwiedzających i skłonił Elżbietę Grabską, wnikliwą obserwatorkę mojej twórczości, do refleksji, że „oducza nas sytości”, a „poucza o znaczeniu serwety, towarzyszki szybkich, bezceremonialnych posiłków, może w podróży”. W 1981 roku ten obrus dwukrotnie podróżował ze mną za ocean. W maju poleciał na Międzynarodowe Biennale Sztuki w Medellín w Kolumbii. Odkryła mnie tam i zaprosiła do swojej galerii Helen Shlien z Bostonu, więc w październiku obrus poleciał do niej i stał się częścią mojej pierwszej instalacji amerykańskiej Pokój pamięci. Lecz to przecież nie początek historii. Od małego malowałam, rysowałam, wycinałam, kolażowałam i fotografowałam codzienne przedmioty na stole, parapecie, podłodze. Kto przyjrzy się obrazom w Operze, znajdzie w tle małe martwe natury. Najwięcej zrobiłam ich na Manhattanie – na prezenty. Nie mając na kwiaty czy butelkę, rysowałam na serwetce filiżankę albo wklejałam do znalezionej nad morzem muszelki rysuneczek spodka. Albo portrecik. W „Oknie na Kulturę” znajdzie się Leszek Kołakowski w muszelce. W tomie poezji zamieściłam ten oto wiersz: 

„W muszli śpiewają fale
o początku świata
o wybrzeżu z żółwiem
żółwicą i ptakiem

i o martwej naturze
rysowanej wiatrem
na piasku – nim go ręka
wsypie do klepsydry”. 

Te żonkile, jabłka, klucze, o których wspominasz, cieszyły się powodzeniem wśród nowojorskich znajomych, w większości emigrantów. Jeden z nich obiecał mi nawet, że „na następne wygnanie” zabierze ze sobą w kieszeni spodni nadgryzioną renetę na chusteczce do nosa. Chwaliły mnie też amerykańskie feministki, dowodząc, że uprawiam sztukę „typową dla kobiet” i najbardziej do nich przemawiającą. Dziś natomiast jestem artystką „autoportretu i ciała”. Lecz nie tracę nadziei, że w miarę poznawania mojej różnorodnej pracy artystycznej i literackiej publiczność uzmysłowi sobie stopniowo, że pociągało mnie wiele tematów, a jeden nie wykluczał drugiego. 

Twój dorobek artystyczny obejmuje nie tylko sztuki wizualne. Jesteś malarką, rysowniczką, fotografką, autorką instalacji, ale też krytyczką, pisarką i poetką. Która z tych dziedzin twórczości jest ci teraz najbliższa?

Bliskie jest mi to, co robię teraz. 

Można powiedzieć, że przygotowałaś publiczności, ale też chyba sobie, prezent na urodziny – wybór wierszy z lat 1970–2017. Podsumowanie?

Nie trawię podsumowań. Pani Anima, czyli Kangór to tom poezji ukazujący się, również dzięki twojej pomocy, na otwarcie wystawy w Operze.

Czy „atrakcyjna artystka” wciąż „pragnie poznać w czyśćcu celana mandelsztama trakla i dickinson”? Zawsze mówiłaś, że nie masz autorytetów.

Autorytety miałam i mam za nic. A teraz ci wyjaśnię, że „atrakcyjna artystka” ateistka wyobrażała sobie „czyściec” jako ostateczną czystkę – zagon śnieżnobiałych kosteczek. Lód, mróz i pragnienie, żeby na pożegnanie z „biedną małą duszyczką wiercipiętą” (cytat z przełożonego przeze mnie wiersza cesarza Hadriana) poznać jej trzech ulubionych poetów i poetkę Emilkę, która mówiła o sobie „kangur”.

Kiedy otwierałaś swoją wystawę Ja, Biały Kangór na 59. Biennale w Wenecji w 2022 roku, zadedykowałaś ją kolegom i koleżankom z Ukrainy. Dziś nadal trwa wojna. Jednak zamknięty przez ostatnie lata Pawilon Rosyjski powraca. Co o tym sądzisz? Reżyser Wojciech Smarzowski powiedział ostatnio: „Świata nie zmienię, ale trąbić mogę”. Zgadzasz się z tym? Czy artyści powinni reagować?

Po pierwsze, zobaczymy, czy pawilon powróci. Po drugie, raz trzeba reagować, raz nie. Po trzecie, świat się zmienia, choć niedostrzegalnie, istnienie każdej jednostki, w całej historii niepowtarzalnej. Każdy czyn podły przynosi wstyd ludzkości, każdy dobry uczynek troszkę ją uszlachetnia.

Nie, torbacz to nie trębacz. To ścichapęk, nauczony przez ojca działać we własnym zakresie i nie włączając raczej klaksonu. Ale zdarza się – w desperacji – że klakson włączy się sam. I dyktuje mi list otwarty do pani premier z prośbą, żeby z masy uchodźców uiekających przed toczącą się w Syrii wojną i innymi wojnami przyjąć w naszym kraju – z którego przez wieki zwiewano, gdzie pieprz rośnie – choćby matki z dziećmi. Tak, bezskutecznie. Błaganie o pomoc rozchodziło się jednak na falach eteru i usłyszała je Angela Merkel. Nie jest już kanclerzem i zapomina się chętnie, że jesienią 2015 rzekła do narodu „damy radę” i otworzyła granice dla około miliona uchodźców. Więc pozwól, że torbacz zatrąbi teraz cichuteńko na jej cześć.  

Często mówiłaś, że w dzieciństwie bardzo bałaś się wojny, planowałaś się nawet zabić, gdyby wybuchła kolejna. Boisz się teraz?

Jestem już za stara na strach. Ale nie mogę ci zagwarantować, że na wiadomość o wybuchu III wojny światowej – już nie tylko połowicznej, ale na całego atomowej – nie zdecyduję się skoczyć – jeśli zdołam się wdrapać się na parapet – z okna pracowni. Na razie przyzwyczajam się do tego w snach opartych na doświadczeniach dziecka zburzonej Warszawy. Nocami wysadzano ruiny i budziły mnie eksplozje. W ostatnim okresie słyszę je coraz częściej we śnie. Chcę się obudzić, ale nie mogę. Leżę w swoim pokoju na Frascati i gapię się na dziurę pooknach, starając się zidentyfikować, co zbombardowano. Raz rozpoznaję we śnie wyrwę po domu dziadków w Zbarażu, kiedy indziej zrównaną z ziemią Gazę. A w ubiegłym tygodniu płonął w dziurze po oknach globus. 

Niedawno do Opery przyszedł oficjalny email z informacją, że na naszej stronie internetowej jest błąd ortograficzny, ponieważ napisaliśmy słowo „kangur” przez „ó”. To dowód, że nie wszyscy wiedzą, skąd wziął się Kangór. 

Z przesłyszenia. Nieznane słowo „kangur” zabrzmiało w uszach czterolatki jak „Kuryluk”. Wybuchł na to śmiechem ojciec, rozmawiający z Janem Żabińskim, dyrektorem zoo na Pradze, o tym, że z Australii nie przysłano kangurów. Naburmuszyłam się, urażona śmiechem. A przemiły Żabiński powiedział na pociechę, że mnie mianuje „kangurem honorowym”. Ucieszyłam się z tej przynależności do zwierzaków, bo w głębi duszy marzyłam o zamieszkaniu razem z nimi za Wisłą – z dala od zgliszcz i czarnych kikutów drzew na Skarpie. Zdając sobie sprawę, co znaczy dla mnie ta „tożsamość”, ojciec brał ją na serio i pozwolił mi pisać „kangór”, bym mogła w tym słowie zawrzeć swoją pasję do „gór”. Mój brat Piotruś napisał kiedyś w Alpach na śniegu: „To be, or not to be?”, a ja pod spodem: „I must be kangaroo or not be at all”.

 Z Ewą Kuryluk 13 marca 2026 roku rozmawiał kurator wystawy Marcin Fedisz.  

 

ewa kuryluk obraz wystawa Kangór z Kamerą, 2009, seria autofotografii, własność Fundacji Rodziny Staraków. Zdjęcie: Fundacja Rodziny Staraków, dzięki uprzejmości Galerii Opera TWON. 

 

ewa kuryluk obraz wystawa Różowa zamyślona, 1983, flamaster i akryl na surówce bawełnianej, 87 × 59 cm, własność artystki. Zdjęcie: dzięki uprzejmości Galerii Opera TWON. 

 

Zobacz także: 

Drewniany dom na skraju lasu. Azyl dla spragnionych ciszy i kontaktu z naturą

Projekt piekarni w Żorach

Wolność, tożsamość i przekraczanie granic. Wystawa rzeźb Karola Wyciska w CONCEPT_11

Czytaj więcej