Tomasz Żylski: Nie lubisz aneksów kuchennych?
Grzegorz Piątek: Nie lubię. Mieszkałem kiedyś w kawalerce z aneksem kuchennym. Nie chodzi tylko o zapachy i bałagan po gotowaniu, który musisz sprzątać na bieżąco. W mniejszych mieszkaniach aneks jest zwykle częścią tzw. salonu, w którym się śpi. To powinna być opcja dla tych, którzy na pewno tego chcą. Tymczasem w budowanych obecnie mieszkaniach, zwłaszcza tych poniżej 70 mkw., jest standardem, a układ wnętrza uniemożliwia wydzielenie osobnego pomieszczenia. Nie ma wyboru. W ten sposób deweloperzy wydajnie wyzyskują działki, starają się budować lokale jak najgłębsze i sprzedają ten lifestyle’owy model rozkosznej kuchni połączonej z salonem. Kiedyś to się nazywało po prostu ciemną kuchnią i traktowane było jako substandard. W latach 70. przepisami wyrugowano takie rozwiązanie. Przyjęte wówczas normatywy przewidywały już kuchnię z oknem i tak rozplanowywano mieszkania w wielkiej płycie.
TŻ: „Świątynia i śmietnik” to w dużej mierze książka o tym, że powinniśmy domagać się lepszej architektury dla codzienności. Dlaczego właściwie się jej nie domagamy?
GP: Potrzebna jest świadomość, ale też poczucie, że to domaganie się przyniesie efekty. Kupując mieszkanie, wybiera się z określonej oferty. Utopią byłoby twierdzić, że można domagać się lepszych mieszkań, kiedy trzeba po prostu podjąć dość szybką decyzję przy określonych możliwościach finansowych. Tutaj więcej bym oczekiwał od polityków i architektów. Środowisko architektoniczne powinno lobbować za zmianą przepisów, bo jeśli pewnych rzeczy nie zapisze się w prawie, to po prostu się nie wydarzą. Deweloperzy zawsze będą działali w takich granicach, jakie im wyznaczy prawo.
TŻ: Dla kogo w takim razie przede wszystkim napisałeś „Świątynię i śmietnik”?
GP: Nie tylko dla architektów. Każdy, kto korzysta z miasta, ma jakieś zdanie na jego temat, każdy, kto się buduje czy urządza, ma swoje, czasem podświadome, niewyrażone potrzeby. Od prawodawców zależy, jaki kierunek to wszystko obierze, od nas jednak w pewnym stopniu także. Staram się nie tylko zainteresować, ale też budzić pewne potrzeby. Chcę uświadamiać, ostrzegać, podburzać.
TŻ: Dużo podróżujesz w związku z promocją książki. Jakie pytania najczęściej padają na spotkaniach autorskich?
GP: Najwięcej emocji wzbudza temat, któremu poświęciłem najdłuższy rozdział, czyli toalety publiczne. W każdym większym mieście była jakaś kontrowersja związana z tym, że jest ich za mało albo że są za drogie. Wokół toalet publicznych i tego, ile często kosztują, w ogóle łatwo jest zrobić skandal, ale wszyscy się zgadzają, że powinny być bardziej dostępne. To pozytywne, że spotykam się ze zrozumieniem, że nie wychodzę na wariata dopominającego się rzeczy, na których nikomu innemu nie zależy. Nie chciałem też, żeby ta książka była samym marudzeniem, dlatego przytaczam pozytywne przykłady. Chcę pokazać, że w ramach tego samego systemu prawnego i za podobne pieniądze pewne rzeczy są w Polsce możliwe. Jeśli burmistrz, wójt czy radna powiedzą, że się nie da, to możesz im pokazać: proszę bardzo, tutaj się dało...
TŻ: Ale też nie dajesz prostych odpowiedzi. Pokazujesz, że pewne modne hasła, jak „miasto 15-minutowe”, bywają traktowane powierzchownie.
GP: Jestem zwolennikiem miasta 15-minutowego. To bardzo zdroworozsądkowe, żeby miasta układać w taki sposób, by ludzie mieli blisko do najbardziej potrzebnych usług, od sklepów po kulturę i wypoczynek. Trudno dyskutować ze słusznością takiego rozwiązania. Niebezpieczeństwo polega jednak na tym, że z teorii miasta 15-minutowego bierze się tylko kawałek. Zwykle kończy się na kwestii zazieleniania ulic, spowalniania ruchu i zagospodarowania przestrzeni publicznej. A tam, gdzie jest ładnie i spokojnie, w końcu zrobi się drogo. Z tych uspokojonych, 15-minutowych dzielnic zrobią się dzielnice ekskluzywne i większości nie będzie stać, żeby w nich mieszkać. W mieście 15-minutowym potrzebne są po prostu tanie mieszkania, żeby te dzielnice były różnorodne społecznie i nie zamieniały się w enklawy dla bogaczy albo turystów.
TŻ: W kwestii architektury bardzo łatwo ferujemy wyroki, tym czasem, żeby ocenić, jak dane miejsce funkcjonuje, potrzeba czasu. Piszesz, że zmieniłeś zdanie na temat słynnego dworca tramwajowego w Łodzi, zwanego Stajnią Jednorożców.
GP: Mam taką zasadę, by każdej przestrzeni publicznej i każdemu budynkowi dać przynajmniej rok, żeby je zobaczyć w różnej pogodzie, o różnych porach dnia. Docenienie Stajni Jednorożców zajęło mi w sumie 10 lat. Gdy zacząłem z tej przestrzeni faktycznie korzystać, wsłuchiwać się, co ludzie w Łodzi o niej mówią, jak działa na zbiorową wyobraźnię, zobaczyłem, że jest to po prostu bardzo użyteczne miejsce, a zarazem symbolicznie ważne dla społeczności, czego nikt początkowo nie planował.
TŻ: A obiekt, który po czasie Cię rozczarował?
GP: Wielokrotnie dałem się złapać na piękno. Przychodzi mi do głowy Wydział Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach projektu hiszpańskiego biura BAAS Arquitectura i polskiej pracowni Grupa 5 Architekci. Ten budynek doszedł zresztą w 2019 roku do finału EU Mies van der Rohe Award. Pisałem wtedy o nim. Nadal uważam, że jest ładny i ma fajny nastrój, ale od tamtego czasu nasłuchałem się od użytkowników wielu krytycznych uwag o jego układzie funkcjonalnym, o akustyce. No i ta piękna ażurowa elewacja jest pokryta ledwie widoczną siatką, którą założono, żeby nie lęgły się tam gołębie. To jest ten ostateczny sprawdzian architektury, który bezlitośnie obnaża, że budynek to nie tylko forma, nie tylko rzeźba i smak. Bo czy na przykład wzięto pod uwagę, jak gołębie się zachowają wobec tego obiektu i jak to wpłynie na koniec na jego estetykę? Takie rzeczy rzadko widzi się przy pierwszej wizycie.
TŻ: W książce pojawia się też manifest architektury dla życia. Czym jest postulowany przez Ciebie idealistyczny realizm?
GP: Chciałbym, żebyśmy do rozwiązywania najbardziej przyziemnych, realnych problemów podchodzili jak najbardziej idealistycznie. Żebyśmy tę architekturę dla życia budowali z taką starannością i wysiłkiem, jakie towarzyszą realizacji budynków specjalnych. Do muzeum czy do teatru chodzi się od święta, a na co dzień przemieszcza się, uczy, pracuje i siusia. Łatwo zrobić awanturę wokół tego, ile toalety publiczne kosztują, ale przecież to są miejsca, które mają służyć przez dziesięciolecia tysiącom osób. Oczywiście trzeba patrzeć samorządowcom na ręce, trzeba żądać gospodarności, ale robienie wszystkiego jak najtaniej nie jest wcale gospodarne. Tanio zbudowane przestrzenie wymagają od razu remontów, szybciej się niszczą. To żadna oszczędność. Myślę, że jako dwudziesta gospodarka świata możemy już zacząć żądać, żeby takie przestrzenie były robione porządnie.

Przez ostatnią dekadę Grzegorz Piątek pisał głównie o czasach minionych. W „Świątyni i śmietniku” (W.A.B., 2025) podejmuje temat polskiej architektury współczesnej, tak jak w książce „Lukier i mięso” z 2013 roku (wspólnie z Jarosławem Trybusiem).
Artykuł ukazał się w 16. numerze „AD Polska”, marzec/kwiecień 2026.
Zobacz też:
- Boskie Czechy! Mistyczna architektura naszych południowych sąsiadów
- Prywatność jak Dr Jekyll i Mr Hyde: rozmowa z Mają Mozgą-Górecką
- Jerzy Sołtan: ostatni modernista